Jak każdy normalny człowiek! (czyżby?)

Psychoterapeutka: Czy Pani jest … feministką?! Nie, chyba nie… Prawda?

Żona: Tak! [„Jak każdy normalny człowiek.” chciałam dodać, ale się autoocenzurowałam!]

Mąż: Jest, jest. I to skrajną. Wystarczy spojrzeć na jej książki na półkach, same o kobietach!

Straszne! Książki o kobietach są amoralne i szerzą zepsucie i są przyczyną rozpadu prawdziwego polsko-katolickiego małżeństwa! (czyżby?)

 

Zdarzyło się Wam, że w ważnym momencie, kiedy mogliście/mogłyście przemówić własnym głosem, tego głosu Wam zabrakło? Doskonała, szczera, mądra, błyskotliwa, cięta, po prostu zadowalająca Was odpowiedź przyszła… po kilku godzinach? Po wzięciu oddechu? W momencie, kiedy robiliście/robiłyście obiad i nagle to coś do Was wróciło?

Przede wszystkim nagle wtedy widzicie siebie i okazuje się, że nie ma się czego wstydzić.

Powyższy trialog nie był radosny, entuzjastyczny. Zawsze wiem, kiedy ktoś rozumie feminizm inaczej niż ja. Nie trawię tego tonu, w którym pobrzmiewa pogarda, niedowierzanie i głębokie niezrozumienie dla wartości przeze mnie wyznawanych, dla mnie fundamentalnych i ważnych. Bardzo lubię naszą psychoterapeutkę, bo robi dobrą robotę ale poglądowo bardzo się różnimy.

Tak, na moich półkach i stoliku leżą same książki o kobietach. Są książki o kobietach i przez kobiety, są feministyczne, historyczne, poetyckie, biograficzne, są powieści, opowiadania, erotyki, katalogi, albumy, dzienniki, listy, podróżnicze, filozoficzne, socjologiczne, psychologiczne, poradniki, medyczne, ezoteryczne, eseje, wywiady, krytyka, publicystyka, literatura polska i obca.

Obca.

I tak: jestem feministką. Może czas poczuć się z tego powodu dumną, zadowoloną? Może czas, by nie bronić się, jakby to był najgorszy zarzut, obelga, coś podejrzanego, wręcz amoralnego?! Jestem, do cholery! JESTEM cholerną skrajną feministką! Hell yeah! Uważam, że osoby płci żeńskiej i męskiej (i przedstawiciele innych płci biologicznych i kulturowych) mają niezbywalne, naturalne, powszechne prawo do życia całym swoim szczęśliwym, bezpiecznym, satysfakcjonującym i spełnionym życiem i do posiadania równych społecznych, politycznych, ekonomicznych praw. I obowiązków.

Jestem tą feministką, tą skrajną. A zostałam nią, bo nie wiedziałam kim jestem i gdzie jest moje miejsce w moim życiu. Czy mogę mieć inne, niż oczekiwane społecznie plany, potrzeby i ambicje? Ciekawi mnie moja własna droga do feminizmu. Byłam f. zawsze.

Od kiedy rozczarowana przeglądałam podręczniki do historii i nie znajdywałam tam kobiet.

Od kiedy nie czułam, że na kobiecą historię [właściwie: herstorię] i doświadczenie, kobiecą przestrzeń, kobiece wartości i postrzeganie świata jest miejsce w debacie publicznej, rodzinnej, szkolnej, towarzyskiej.

Od kiedy mój głos nie był słyszany.

Od kiedy przerywano mi wypowiedź.

Od kiedy musiałam (czyżby?) słuchać nudnego napuszonego wywodu mądrego pana. Dominujące męskocentryczne widzenie historii i świata oraz samych kobiet tak zdominowało otoczenie i kulturę, w której dorastałam i rozwijałam się, jako człowiek, że jako dwudziestokilkulatka nie wiedziałam kim jestem i co to znaczy być kobietą i czy w ogóle warto nią być.

I wtedy przyszedł on. Feminizm. Wyzwolenie do samej siebie. Wyzwolenie do wolności od narzuconego ideału, roli i maski. Wolność, którą dało poczucie siostrzeństwa, przynależności, zrozumienia, wspólnoty przekonań, zainteresowań, ambicji i empatii oraz wspólnego (choć różnego) doświadczenia. Wsparcie i oparcie było bezcenne. 

I nie: nie mówiłyśmy o tym, jak nienawidzimy mężczyzn. Nie mówiłyśmy o przemocy. Nie mówiłyśmy o paleniu staników, kastracji, męskiej dominacji. Ani o paznokciach czy obiadach.

W każdym razie nie tylko.

Odnajdywałyśmy siebie i swoje miejsce w literaturze, kulturze, historii, prawie, społeczeństwie, nauce, we własnym ciele. Odnajdywałyśmy nasze siostry, poprzedniczki, matki, prapraciotki, odważne, mądre i silne, tak różne od nas i tak nam bliskie i podobne. Odnajdywałyśmy nasze miejsce i siłę z radością, dumą, ulgą, szczęściem. Odnajdywałyśmy w sobie miejsce na siebie same. Na własne życie całym życiem. Własne kobiece ciało, pasje, poglądy, potrzeby, różnice, niespójności, niesubordynacje, integralność i wielką empatię do świata, kobiet, mężczyzn i wszystkich pozostałych Ziemian, ludzko i nieludzkoosobowych. I do planety. A nawet jeszcze dalej. 

Tym jest dla mnie feminizm.

Więc dlaczego znowu nie umiałam użyć swego głosu?

 

PS.1. Źródłem problemów w moim związku może właśnie być feminizm. Lepiej poświęcić prawiemałżeństwo czy feminizm? (Pytanie retoryczne)

PS.2. Jak feminizm, to może jestem innej orientacji? (Serio, coś podobnego padło…) Nie. Mój popęd jest wybitnie nakierowany na płeć męską.

PS.3. Są różne feminizmy, założenia, grupy, postulaty, pomysły, fale, metody. Wszystkie łączy jedno: pomówienia ich, oczernianie, przypisywanie im histerii, wariactwa i nienawiści do przedstawicieli płci męskiej. Bull shit!

PS. 4. Widziałam, że wydana została w Polsce książka Chimamandy Ngozi Adichie „We should all be feminists”. Dziękuję Beyonce, za polecenie mi tej wspaniałej autorki! ❤

 

Reklamy